Zelazny Roger - Znak Jednoro�ca - Rozdzia� 04

      Kiedy wr�ci�em, Random i Flora czekali ju� w mojej kwaterze. Random spojrza� najpierw na Klejnot, potem na mnie. Kiwn��em g�ow�. Sk�oni�em si� lekko przed Flor�.
      - Siostro - powiedzia�em. - Min�o sporo czasu, a potem jeszcze wi�cej.
      Wygl�da�a na troch� przestraszon�; to dobrze. U�miechn�a si� jednak i poda�a mi r�k�.
      - Witaj, bracie. Widz�, �e dotrzyma�e� s�owa.
      Mia�a jasne, z�ote w�osy. Obci�a je, zachowuj�c jednak grzywk�. Nie potrafi�em zdecydowa�, czy podoba mi si� w tej fryzurze. Mia�a pi�kne w�osy. A tak�e niebieskie oczy i ca�e tony pr�no�ci, dzi�ki kt�rej mog�a spogl�da� na wszystko ze swej ulubionej perspektywy. Czasami zachowywa�a si� g�upio, ale czasami wcale nie by�em tego pewien.
      - Wybacz, �e ci si� tak przygl�dam. Ale przy ostatnim spotkaniu nie mog�em ci� widzie�.
      - Ciesz� si�, �e sytuacja zosta�a naprawiona. To by�o... Wiesz przecie�, �e nic nie mog�am zrobi�.
      - Wiem - przyzna�em, wspominaj�c d�wi�k jej �miechu z tamtej strony ciemno�ci, przy okazji kt�rej� z rocznic wydarzenia. - Wiem.
      Podszed�em do okna i otworzy�em je wiedz�c, �e deszcz nie napada do �rodka. Lubi� zapach burzy.
      - Randomie, czy dowiedzia�e� si� czego� w sprawie naszego listonosza? - spyta�em.
      - Niewiele - odpar�. - Popyta�em troch�. Nikt nie widzia� nikogo innego w odpowiednim miejscu o w�a�ciwym czasie.
      - Rozumiem. Dzi�kuj� ci. Mo�e zobaczymy si� jeszcze, troch� p�niej.
      - Kiedy zechcesz. B�d� u siebie przez ca�y wiecz�r.
      Skin��em mu g�ow�, odwr�ci�em si� i opar�em o parapet, patrz�c na Flor�. Random cicho zamkn�� za sob� drzwi. Przez jakie� p� minuty ws�uchiwa�em si� w szum deszczu.
      - Co masz zamiar ze mn� zrobi�? - spyta�a wreszcie.
      - Zrobi�?
      - W aktualnej sytuacji mo�esz ��da� wyr�wnania rachunk�w. Zak�adam, �e nied�ugo zaczniesz.
      - Mo�liwe - przyzna�em. - Jednak wi�kszo�� spraw zale�y od innych. A ta sprawa si� nie wyr�nia. - Nie rozumiem.
      - Daj mi to, czego potrzebuj�, a wtedy zobaczymy. Podobno bywam czasem mi�ym facetem.
      - A czego potrzebujesz?
      - Opowie�ci, Floro. Zacznijmy od tego, jak sta�a� si� moj� pasterk� w cieniu Ziemi. Wszystkie istotne szczeg�y. Jakie by�y ustalenia? W czym si� orientowa�a�? Wszystko. Na razie tyle.
      Westchn�a.
      - To si� zacz�o... - zastanowi�a si�. - Tak, w Pary�u, na przyj�ciu u niejakiego Monsieur Focaulta. Jakie� trzy lata przed Terrorem.
      - Momencik - przerwa�em. - Co tam robi�a�?
      - Przebywa�am w tamtym rejonie Cienia przez mniej wi�cej pi�� ich lat. Podr�owa�am, szukaj�c czego� nowego, czego�, co odpowiada�oby moim kaprysom. Trafi�am wtedy w to miejsce w ten sam spos�b, w jaki znajdujemy cokolwiek. Pozwoli�am, by prowadzi�y mnie pragnienia, i by�am pos�uszna instynktowi.
      - Niezwyk�y zbieg okoliczno�ci.
      - Wcale nie, je�li wzi�� pod uwag� czas i nasz� sk�onno�� do podr�y. Je�li wolisz, to by� m�j Avalon, moja namiastka Amberu, dom z dala od domu. Zreszt�, nazywaj to jak chcesz, w ka�dym razie by�am tam, na tym przyj�ciu, owej pa�dziernikowej nocy, gdy si� zjawi�e� z tak� niewysok�, rudow�os� dziewczyn�. Mia�a chyba na imi� Jacqueline.
      S�owa Flory przywo�a�y zatarte wspomnienia, od dawna ju� niemal zapomniane. Pami�ta�em Jacqueline o wiele lepiej, ni� przyj�cie u Focaulta, ale istotnie, by�a kiedy� taka impreza.
      - M�w dalej.
      - Jak ju� powiedzia�am - kontynuowa�a - by�am tam. Ty przyszed�e� p�niej. Naturalnie, od razu zwr�ci�am na ciebie uwag�. Chocia�, je�li kto� trwa wystarczaj�co d�ugo i wiele przy tym podr�uje, spotyka czasem osob� bardzo podobn� do kogo� znajomego. Tak w�a�nie pomy�la�am, kiedy otrz�sn�am si� ze zdumienia: z pewno�ci� jaki� sobowt�r. Od tak dawna si� przecie� nie odzywa�e�. Z drugiej strony jednak wszyscy mamy swoje tajemnice i powody, by ich nie zdradza�. To m�g� by� jeden z twoich sekret�w. Postara�am si� wi�c, by nas sobie przedstawiono, a piekielnie trudno by�o oderwa� ci� cho�by na kilka minut od tego rudow�osego stworzonka. Twierdzi�e�, �e nazywasz si� Fenneval, Cordell Fenneval. Nie mog�am si� zdecydowa�, czy to tw�j sobowt�r, czy jednak ty. Wpad�a mi te� do g�owy trzecia mo�liwo��: �y�e� w jakim� przyleg�ym obszarze tak d�ugo, �e rzuci�e� w�asny cie�. By� mo�e wr�ci�abym do domu, wci�� niepewna, gdyby Jacqueline nie zacz�a si� przede mn� chwali� twoj� si��. Nie jest to najbardziej typowy dla kobiety temat rozmowy. W dodatku m�wi�a o tym w taki spos�b, jakby naprawd� twoje wyczyny wywar�y na niej du�e wra�enie. Poci�gn�am j� troch� za j�zyk i przekona�am si�, �e niew�tpliwie by�by� zdolny do wszystkiego, o czym opowiada�a. To wyklucza�o teori� sobowt�ra. Zatem: albo ty, albo tw�j cie�. Je�li nawet Cordell nie by� Corwinem, to by� tropem, wskaz�wk�, �e przebywasz lub przebywa�e� gdzie� blisko, w Cieniu; pierwszym prawdziwym �ladem prowadz�cym do ciebie, na jaki natrafi�am. Pod��y�am tym �ladem i zacz�am bada� twoj� przesz�o��. Im wi�cej wypytywa�am, tym bardziej sprawa stawa�a si� zagadkowa. Szczerze m�wi�c, po paru miesi�cach wci�� nie mia�am pewno�ci. Trafi�am na dostatecznie du�o bia�ych plam, by wszystko by�o mo�liwe. Rozwi�zanie pojawi�o si� nast�pnego lata, gdy na pewien czas wr�ci�am do Amberu. Wspomnia�am Erykowi o tej dziwnej sprawie...
      - I co?
      - No c�... zdawa� sobie spraw�...w pewien spos�b... z takiej mo�liwo�ci.
      Przerwa�a na chwil�; poprawi�a le��ce obok r�kawiczki.
      - No, tak - mrukn��em. - A co ci w�a�ciwie powiedzia�?
      - �e to mo�esz by� ty - odpar�a. - Twierdzi�, �e zdarzy� ci si�... wypadek.
      - Doprawdy?
      - Niezupe�nie - przyzna�a. - Nie wypadek. Powiedzia�, �e walczyli�cie i zosta�e� ranny. My�la�, �e umierasz, i nie chcia�, by obci��ono go win�. Dlatego przeni�s� ci� w Cie� i zostawi�, w�a�nie tam, gdzie ci� spotka�am. Po pewnym czasie uma�, �e nie �yjesz, co ostatecznie ko�czy wasze spory. Oczywi�cie, moja opowie�� bardzo go zaniepokoi�a. Kaza� mi przysi�c, �e dochowam tajemnicy, po czym wys�a� mnie z powrotem, �ebym ci� pi�nowa�a. Zd��y�am wszystkim opowiedzie�, jak bardzo mi si� tam podoba�o, wi�c mia�am dobry pretekst, by wr�ci�.
      - Nie wierz�, by� ca�kiem bezinteresownie obieca�a zachowa� milczenie, Floro. Co ci da�?
      - Da� s�owo, �e nie zapomni o mnie, je�li kiedykolwiek dojdzie w Amberze do w�adzy.
      - Ryzykowa�a� - stwierdzi�em. - W ko�cu mia�a� co�, co mog�o mu zaszkodzi�: wiedzia�a�, gdzie przebywa jego rywal, i zna�a� rol�, jak� odegra� w pozbyciu si� tego rywala.
      - Fakt. Ale te kwestie jakby si� r�wnowa�y�y. Musia�abym przyzna�, �e jestem wsp�lniczk�, by w og�le o tym m�wi�.
      Pokiwa�em g�ow�.
      - Niepewne, ale mo�liwe - zgodzi�em si�. - Czy jednak s�dzisz, �e zostawi�by mnie przy �yciu, gdyby pojawi�a si� szansa przej�cia tronu?
      - Nigdy o tym nie m�wili�my. Nigdy.
      - Z pewno�ci� zastanawia�a� si� nad tym.
      - Owszem - przyzna�a. - P�niej. Uzna�am, �e najprawdopodobniej nie zrobi nic. W ko�cu by�o prawie pewne, �e straci�e� pami��. Nie mia� powod�w, �eby si� tob� zajmowa�, p�ki by�e� nieszkodliwy.
      - Wi�c dlatego mnie obserwowa�a�? Pilnowa�a�, czy ci�g�e jestem nieszkodliwy?
      - Tak.
      - A co by� zrobi�a, gdybym zacz�� zdradza� objawy powrotu pami�ci?
      Spojrza�a na mnie, po czym spu�ci�a g�ow�.
      - Powiedzia�abym Erykowi.
      - A co on by zrobi�?
      - Nie wiem.
      Za�mia�em si�, a ona zarumieni�a. Nie pami�ta�em ju�, kiedy widzia�em rumieniec u Flory.
      - Nie mam ochoty dyskutowa� o rzeczach oczywistych - stwierdzi�em. - Zosta�a� na miejscu i obserwowa�a� mnie. Co dalej? Co si� sta�o potem?
      - Nic specjalnego. Ty sobie normalnie �y�e�, a ja ci� pilnowa�am.
      - Czy wszyscy wiedzieli, gdzie przebywasz?
      - Tak. Nie ukrywa�am tego. Odwiedzali mnie nawet kolejno.
      - Random tak�e?
      - Owszem - skrzywi�a si�. - Kilka razy.
      - Sk�d ta mina?
      - Za p�no, by udawa�, �e go lubi� - o�wiadczy�a. - Sam wiesz. Nie podobaj� mi si� ludzie, kt�rymi si� otacza: r�ni przest�pcy, muzycy jazzowi... Stara�am si� by� uprzejma, kiedy odwiedza� m�j cie�, ale by�o to bardzo uci��liwe. Ci ludzie kr�cili si� bez przerwy, jakie� jam sessions, poker ca�ymi nocami... Mieszkanie cuchn�o potem przez par� tygodni. Zawsze z ulg� przyjmowa�am jego odjazd. Przepraszam. Wiem, �e go lubisz, ale chcia�e� zna� prawd�.
      - Razi� twoje delikatne poczucie estetyki. W porz�dku. Chcia�bym teraz wr�ci� do tego kr�tkiego okresu, gdy by�em twoim go�ciem. Random zjawi� si� u nas do�� nieoczekiwanie, �ciga�o go p� tuzina wrednych typ�w, kt�rych pozbyli�my si� w twoim salonie.
      - Przypominam to sobie, bardzo dok�adnie.
      - Pami�tasz tych ludzi? Te stwory, kt�rymi musieli�my si� zaj��?
      - Tak.
      - Na tyle dok�adnie, �e pozna�aby� takiego, gdyby� go znowu zobaczy�a?
      - Chyba tak.
      - To dobrze. A widzia�a� takiego wcze�niej?
      - Nie.
      - A potem?
      - Nie.
      - Mo�e s�ysza�a�, jak kto� o nich m�wi�?
      - Je�li nawet, to nie pami�tam. Czemu pytasz?
      - Jeszcze za wcze�nie - pokr�ci�em g�ow�. - Pami�taj, �e to ja mam zadawa� pytania. Pomy�l teraz o wcze�niejszym okresie. O wypadku, przez kt�ry trafi�em do Greenwood. Mo�e nawet jeszcze wcze�niej. Co si� zdarzy�o i jak si� o tym dowiedzia�a�? W jakich okoliczno�ciach? Jaka by�a w tym twoja rola?
      - No, tak - mrukn�a. - Wiedzia�am, �e zapytasz mnie o to wcze�niej czy p�niej. Ot� Eryk skontaktowa� si� ze mn� zaraz nast�pnego dnia, z Amberu, przez Atut - spojrza�a na mnie uwa�nie, zapewne by sprawdzi�, jak to przyjmuj�, obserwowa� moje reakcje. Zachowa�em kamienny wyraz twarzy. - Powiedzia�, �e poprzedniego wieczoru mia�e� paskudny wypadek i jeste� w szpitalu. Kaza� ci� przenie�� do prywatnej kliniki, gdzie mia�abym wi�cej do powiedzenia w kwestii przebiegu kuracji.
      - Innymi s�owy, chcia�, �ebym pozosta� ro�lin�.
      - Chcia�, �eby trzymali ci� pod narkoz�.
      - Czy przyzna� si�, �e ponosi odpowiedzialno�� za ten wypadek?
      - Nie m�wi�, �e poleci� komu� przestrzeli� ci opon�, ale wiedzia�, �e to w�a�nie si� sta�o. A sk�d m�g� wiedzie�? Kiedy si� zorientowa�am, �e zamierza zaw�adn�� tronem, uzna�am, �e postanowi� usun�� ci� ostatecznie. Gdy mu si� to nie powiod�o, logicznym rozwi�zaniem by�o unieruchomi� ci� a� do koronacji.
      - Nie wiedzia�em, �e kto� przestrzeli� mi opon� - powiedzia�em.
      Zmieni�a si� na twarzy. Potem si� opanowa�a.
      - M�wi�e�, �e wiesz, �e to nie by� wypadek. �e kto� pr�bowa� ci� zabi�. S�dzi�am, �e jeste� poinformowany o szczeg�ach.
      Znowu, po raz pierwszy od d�u�szego czasu, wkroczy�em na niepewny grunt. Wci�� odczuwa�em skutki amnezji, kt�rych pewnie nie pozb�d� si� ju� nigdy. Wspomnienia z okresu poprzedzaj�cego wypadek by�y raczej mgliste. Wzorzec przywr�ci� mi pami�� ca�ego �ycia, ale wstrz�s zniszczy� chyba nieodwracalnie reminiscencje wydarze� bezpo�rednio sprzed wypadku. Nie by�o w tym nic niezwyk�ego. Raczej uszkodzenie organiczne ni� zwyk�e zaburzenia funkcjonalne. Nie rozpacza�em zanadto, szcz�liwy, �e odzyska�em ca�� reszt�. Co do samej katastrofy, to przypomina�em sobie wystrza�y. By�y dwa. Mo�e nawet dostrzeg�em posta� z karabinem, przelotnie i za p�no. A mo�e to tylko fantazja. Chyba jednak nie. My�la�em o czym� takim, kiedy zmierza�em do Westchester. Jednak nawet teraz, kiedy mia�em w�adz� w Amberze, niech�tnie przyznawa�em si� do tej luki. Raz ju� uda�o mi si� oszuka� Flor�, cho� dysponowa�em o wiele mniejszym zasobem informacji. Postanowi�em nie zarzuca� zwyci�skiej kombinacji.
      - Nie mia�em mo�liwo�ci, �eby wysi��� i sprawdzi�, w co trafi� - odpar�em. - S�ysza�em strza�y. Straci�em panowanie nad wozem. Uzna�em, �e to opona, ale nie wiedzia�em na pewno. Zapyta�em wy��cznie dlatego, �e by�em ciekaw, jak si� o tym dowiedzia�a�.
      - Ju� ci m�wi�am: Eryk mi powiedzia�.
      - Zaniepokoi� mnie raczej spos�b, w jaki to m�wi�a�. Odnios�em wra�enie, �e zna�a� szczeg�y, zanim jeszcze si� z tob� skontaktowa�.
      Potrz�sn�a g�ow�.
      - Musisz mi wybaczy� niezr�czne sformu�owanie. Czasem tak to wygl�da, gdy wspomina si� o minionych zdarzeniach. Musz� zaprzeczy� temu, co sugerujesz. Nie mia�am nic wsp�lnego z wypadkiem i nie wiedzia�am z g�ry, �e si� wydarzy.
      - Poniewa� nie ma tu Eryka, kt�ry m�g�by zaprzeczy� lub potwierdzi� twoje s�owa, zostawmy t� spraw� - o�wiadczy�em. - Na razie.
      Powiedzia�em to, by j� zmusi� do obrony, odwr�ci� uwag� od jakiego� niezr�cznego s�owa czy wyra�enia, kt�re zdradzi�oby niewielk� luk�, wci�� istniej�c� w mojej pami�ci.
      - Czy pozna�a� to�samo�� osoby, kt�ra do mnie strzela�a? - spyta�em.
      - Nigdy - odpar�a. - Pewnie jaki� p�atny morderca. Nie wiem.
      Co� mnie niepokoi�o, ale nie potrafi�em dok�adnie okre�li�, co.
      - Czy Eryk powiedzia�, kiedy zabrano mnie do szpitala?
      - Nie.
      - Dlaczego, kiedy by�em u ciebie, pr�bowa�a� przej�cia do Amberu, zamiast u�y� Atutu Eryka?
      - Nie mog�am go wywo�a�.
      - Mog�a� wezwa� kogokolwiek innego, �eby ci� przerzuci� - stwierdzi�em. - Floro, wydaje mi si�, �e k�amiesz.
      Szczerze m�wi�c, by�a to tylko pr�ba, by zbada� jej reakcje. Dlaczego nie?
      - W jakiej kwestii? - spyta�a. - Nikogo nie mog�am wywo�a�. Wszyscy byli zaj�ci czym innym. O to ci chodzi�o?
      Przygl�da�a mi si� uwa�nie. Unios�em r�k� i wyci�gn��em w jej stron�, a za moimi plecami, tu� za oknem, zaja�nia�a b�yskawica. Grzmot zrobi� du�e wra�enie.
      - Grzeszysz, pomijaj�c prawd� - spr�bowa�em.
      Ukry�a twarz w d�oniach i zaszlocha�a.
      - Nie wiem, czego ode mnie chcesz! - zawo�a�a. - Odpowiedzia�am na wszystkie pytania! O co ci jeszcze chodzi? Nie wiem, dok�d zmierza�e�, kto do ciebie strzela� ani kiedy to si� sta�o! Znam tylko fakty, kt�re ci poda�am!
      Albo by�a szczera, albo nie do z�amania tymi metodami. Tak czy tak, traci�em tylko czas, bez szans na uzyskanie czegokolwiek. Lepiej zreszt� zostawi� temat wypadku, zanim zacznie si� domy�la�, jaki jest dla mnie wa�ny. Je�li kry�o si� w tym co�, o czym nie wiedzia�em, wola�bym trafi� na to pierwszy.
      - Chod� ze mn� - powiedzia�em.
      - Gdzie?
      - Mam co�, co powinna� zidentyfikowa�. Wyt�umacz� ci, dlaczego, kiedy ju� to zobaczysz.
      Wsta�a i posz�a za mn�. Zabra�em j� do pokoiku, gdzie le�a�y zw�oki. Chcia�em, �eby je obejrza�a, zanim opowiem jej o Cainie.
      - Tak - mrukn�a. - Nawet, gdybym go nie pozna�a, ch�tnie powiem, �e tak. Dla ciebie.
      Burkn��em co� niewyra�nie. Rodzinna solidarno�� zawsze mnie troch� wzrusza. Nie wiem, czy uwierzy�a w moj� histori�. Ale poniewa� pewne sprawy r�wnowa�y�y si� z pewnymi innymi, nie mia�o to wi�kszego znaczenia. Nie powiedzia�em jej o Brandzie, a ona nie mia�a chyba �adnych informacji na jego temat. Kiedy ju� sko�czy�em, jej jedynym komentarzem by�o:
      - Do twarzy ci z tym Klejnotem. Co z nakryciem g�owy?
      - Za wcze�nie, by o tym m�wi�.
      - Je�eli moja pomoc przyda si� na co�...
      - Wiem - stwierdzi�em. - Wiem.
     
     
      M�j grobowiec to spokojne miejsce. Stoi samotnie na skalistym zboczu, z trzech stron os�oni�ty przed �ywio�ami, otoczony naniesion� tu ziemi�, w kt�rej ro�nie para kar�owatych drzew, rozmaite krzaki, zielsko i p�dy g�rskiego bluszczu. Po�o�ony jest jakie� trzy kilometry za szczytem Kolviru. To d�uga, niska budowla. Przed frontonem stoj� dwie �aweczki, a bluszcz �askawie skry� wi�ksz� cz�� napuszonego has�a, jakie wyryto pod moim imieniem. Nietrudno zrozumie�, �e zwykle stoi pusty.
      Tego wieczoru jednak zaszyli�my si� tutaj wraz z Ganelonem, z solidnym zapasem wina, pieczywa i zimnych mi�s.
      - Nie �artowa�e� - zawo�a�, kiedy zsiad� z konia, podszed� do �ciany i odsun�wszy li�cie odczyta� w �wietle ksi�yca wyryte na murze s�owa.
      - Pewnie, �e nie - odpar�em, schodz�c na d�, by zaj�� si� ko�mi. - To m�j gr�b.
      Przywi�za�em wierzchowce do pobliskiego krzaka, odpi��em torby z zapasami i przenios�em je na �aweczk�. Ganelon przy��czy� si� do mnie, gdy tylko otworzy�em pierwsz� butelk� i nala�em ciemnego wina do dw�ch g��bokich kielich�w.
      - Wci�� tego nie rozumiem - oznajmi�, odbieraj�c swoj� porcj�.
      - A co tu jest do rozumienia? Umar�em i zosta�em tu pochowany - wyja�ni�em. - To m�j memoria� - doda�em powa�niej. - Pomnik, jaki si� stawia, gdy nie mo�na odnale�� cia�a. Dopiero niedawno si� o nim dowiedzia�em. Zbudowano go kilka stuleci temu, gdy uznano, �e ju� nie wr�c�.
      - To troch� niesamowite - stwierdzi�. - A co jest w �rodku?
      - Nic. Chocia� zapobiegliwie zrobili tam nisz� i urn� na wypadek, gdyby moje szcz�tki jednak si� pojawi�y. W ten spos�b zabezpieczyli si� na obie mo�liwo�ci.
      Ganelon zrobi� sobie kanapk�.
      - Czyj to by� pomys�? - zapyta�.
      - Random s�dzi, �e Branda albo Eryka. Nikt dok�adnie nie pami�ta. Wszyscy wtedy uznali, �e to rozs�dna idea.
      Zachichota� z�o�liwie. Nieprzyjemnie zgrzytliwy �miech doskonale pasowa� do pokrytej zmarszczkami i bliznami rudobrodej postaci.
      - A teraz, co si� z tym stanie?
      Wzruszy�em ramionami.
      - Kt�re� z nich uwa�a pewnie, �e szkoda marnowa� porz�dny gr�b, i oczekuje, �e wkr�tce zajm� nale�ne mi miejsce. Na razie jednak jest to dobre miejsce, �eby si� upi�. Nie z�o�y�em sobie jeszcze kondolencji.
      Przykry�em jedn� kanapk� drug� i zjad�em obie. Po raz pierwszy od powrotu mia�em okazj� si� odpr�y� - i na d�u�szy czas chyba ostatni�. Trudno powiedzie�. Ale od tygodnia nie mia�em mo�liwo�ci, �eby spokojnie pogada� z Ganelonem, a by� on jedn� z niewielu os�b, kt�rym ufa�em. Chcia�em mu o wszystkim opowiedzie�. Musia�em. Musia�em porozmawia� z kim�, kto nie by� zamieszany w te sprawy tak, jak my wszyscy.
      Opowiada�em. Ksi�yc przesun�� si� spory kawa�ek, a w moim grobowcu r�s� wolno stos pot�uczonego szk�a.
      - A jak inni to przyj�li? - zapyta� Ganelon.
      - Jak by�o do przewidzenia - odpar�em. - Wiem, �e Julian nie uwierzy� w ani jedno s�owo, cho� twierdzi, �e wierzy. Zna m�j stosunek do jego osoby, ale w aktualnej sytuacji woli powstrzyma� si� od oskar�e�. Benedykt chyba te� mi nie wierzy, ale w jego przypadku o wiele trudniej odgadn��, co my�li. Zwleka i mam nadziej�, �e p�ki nie jest pewien, wszelkie w�tpliwo�ci t�umaczy na moj� korzy��. Co do Gerarda, mam wra�enie, �e ta kropla przepe�ni�a czar� i straci�em resztki jego zaufania. Wraca jednak jutro do Amberu i pojedzie ze mn� do Gaju po cia�o Caine'a. Nie chc� zmienia� tej wyprawy w safari, ale wol�, by by� ze mn� kto� z rodziny. Deirdre robi�a wra�enie zadowolonej. Jestem pewien, �e nie uwierzy�a. Ale to bez znaczenia. Zawsze sta�a po mojej stronie i nie lubi�a Caine'a. Chyba podoba jej si�, �e umacniam swoj� pozycj�. Nie wiem, co s�dzi Llewella. Moim zdaniem, wcale jej nie obchodzi, co kt�re� z nas robi drugiemu. Fiona za to zdawa�a si� lekko rozbawiona. Chocia�, zawsze traktuje nasze sprawy oboj�tnie i z wy�szo�ci�. Trudno powiedzie�, co naprawd� my�li.
      - Powiedzia�e� im o tej historii z Brandem?
      - Nie. M�wi�em tylko o Cainie i �e chc�, by jutro wieczorem wszyscy byli w Amberze. Wtedy porusz� spraw� Branda. Mam pewien pomys� i chc� go sprawdzi�.
      - Rozmawia�e� z nimi poprzez Atuty?
      - Zgadza si�.
      - Jest co�, o co chcia�bym ci� spyta�. W tym �wiecie Cienia, kt�ry odwiedzili�my, �eby zdoby� bro�, istnia�y telefony...
      - Tak?
      - Dowiedzia�em si� tam o r�nych elektronicznych zabawkach. Jak my�lisz, czy to mo�liwe, by Atuty by�y na pods�uchu?
      Za�mia�em si�, ale umilk�em, gdy zda�em sobie spraw� z implikacji tego przypuszczenia.
      - W�a�ciwie nie wiem - stwierdzi�em w ko�cu. - Tak wiele tajemnic otacza prace Dworkina... Nic takiego nie przysz�o mi do g�owy. Nigdy nie pr�bowa�em. Chocia�, zastanawiam si�...
      - Czy wiesz, ile istnieje komplet�w?
      - Ka�dy w rodzinie ma tali� lub dwie, a w bibliotece jest z dziesi�� zapasowych. Szczerze m�wi�c, nie wiem, czy istniej� jeszcze jakie� inne.
      - Wielu rzeczy mo�na by si� dowiedzie� po prostu s�uchaj�c rozm�w.
      - Owszem. Talia taty, Branda, ta, kt�r� mia�em na pocz�tku, i ta, kt�r� zgubi� Random... do diab�a! Sporo tego. Nie wiadomo, co si� z nimi dzieje. Nie wiem, co w�a�ciwie powinienem zrobi� w tej sprawie. Chyba przeprowadzi� inwentaryzacj� i wykona� pewne eksperymenty. Dzi�ki, �e o tym wspomnia�e�.
      Skin�� g�ow� i przez chwil� popijali�my w milczeniu.
      - Co masz zamiar robi�, Corwinie? - zapyta� po pewnym czasie.
      - Z czym?
      - Ze wszystkim. Kogo zaatakujemy i w jakiej kolejno�ci?
      - Gdy tylko sprawy tutaj, w Amberze, troch� si� u�o��, planowa�em prze�ledzi� bieg czarnej drogi a� do jej pocz�tk�w - odpar�em. - Teraz jednak zmieni�em porz�dek priorytet�w. Chc� mo�liwie szybko �ci�gn�� tu Branda, o ile jeszcze �yje. Je�li nie, chc� wiedzie�, co mu si� przytrafi�o.
      - Ale czy nieprzyjaciel pozostawi ci do�� czasu? Mo�e ju� w tej chwili szykuje now� ofensyw�?
      - Masz racj�. My�la�em o tym. Mam jednak przeczucie, �e nie b�d� si� spieszy�, zw�aszcza po ostatniej kl�sce. Musz� na nowo zebra� si�y, przygotowa� armi�, przeanalizowa� sytuacj� z uwzgl�dnieniem naszego nowego uzbrojenia. W tej chwili zamierzam jedynie umie�ci� wzd�u� czarnej drogi posterunki stra�nicze, by ostrzeg�y nas odpowiednio wcze�nie o ich ewentualnych ruchach. Benedykt zgodzi� si� zaj�� ca�� operacj�.
      - Zastanawiam si�, ile mamy czasu.
      Nala�em mu jeszcze wina, poniewa� by�a to jedyna odpowied�, jaka mi przysz�a do g�owy.
      - W Avalonie sprawy nigdy nie by�y tak skomplikowane. To znaczy, w naszym Avalonie.
      - Fakt - przyzna�em. - Nie ty jeden t�sknisz do tamtych dni. Teraz, w ka�dym razie, wydaj� si� proste.
      Pokiwa� g�ow�. Pocz�stowa�em go papierosem, ale odm�wi�. Wola� swoj� fajk�. W �wiet�e p�omyka zapa�ki obserwowa� Klejnot Wszechmocy na mojej piersi.
      - M�wisz, �e rzeczywi�cie potrafisz t� zabawk� wp�ywa� na pogod�? - zapyta�.
      - Tak.
      - Sk�d wiesz?
      - Sprawdzi�em. Uda�o si�.
      - A co zrobi�e�?
      - Ta burza dzi� po po�udniu. By�a moja.
      - Zastanawiam si�...
      - Nad czym?
      - Co ja bym zrobi�, gdybym mia� tak� w�adz�. Jak bym jej u�y�.
      - Pierwsza rzecz, jaka mi przysz�a do g�owy - odpar�em, klepi�c mur mego grobowca - to zniszczy� to miejsce, uderza� w nie gromami, p�ki nie rozpadnie si� w gruzy. Nie pozostawi� cienia w�tpliwo�ci co do moich uczu� i mojej pot�gi.
      - Czemu zrezygnowa�e�?
      - Zastanowi�em si� troch�. Uzna�em... Do diab�a! Ten gr�b mo�e si� przyda�, i to ju� nied�ugo, je�li nie b�d� do�� sprytny, do�� twardy albo je�li nie b�d� mia� szcz�cia. Gdyby to nast�pi�o, to gdzie w�a�ciwie chcia�bym, �eby zrzucili moje ko�ci? Pomy�la�em, �e to naprawd� dobry punkt: wysoko po�o�ony, czysty, z nie ujarzmionymi jeszcze �ywio�ami. Wida� tylko ska�y i niebo. Gwiazdy, chmury, s�o�ce, ksi�yc, wiatr, deszcz... Lepsze towarzystwo ni� kupa innych sztywniak�w. Czemu niby mia�bym le�e� przy kim�, kogo nie chc� mie� przy sobie teraz? A nie ma wielu takich, kt�rych bym chcia�.
      - Robisz si� ponury, Corwinie. Albo pijany. Albo jedno i drugie. W dodatku zgorzknia�y. Nie s�u�y ci to.
      - Sk�d niby wiesz, co mi s�u�y?
      Poczu�em, jak sztywnieje obok mnie, i zaraz si� odpr�a.
      - Nie wiem - odpowiedzia�. - Po prostu m�wi� to, co widz�.
      - Jak tam nasi �o�nierze? - spyta�em.
      - Chyba wci�� jeszcze oszo�omieni, Corwinie. Przybyli tu, by stoczy� �wi�t� wojn� na stokach nieba. Uwa�aj�, �e o to sz�o w zesz�otygodniowej strzelaninie. S� wi�c szcz�liwi, poniewa� zwyci�yli�my. Ale to wyczekiwanie w mie�cie... Nie rozumiej� tego. Niekt�rzy z tych, kt�rych uwa�ali za wrog�w, s� teraz przyjaci�mi. Wi�c czuj� niepok�j. Wiedz�, �e maj� by� gotowi do walki, ale nie maj� poj�cia, przeciw komu i kiedy. Nie mogli opuszcza� kwater, wi�c nie zdaj� sobie sprawy, jak bardzo ich obecno�� irytuje regularn� armi� i wszystkich mieszka�c�w. Ale chyba szybko si� zorientuj�. Czeka�em, by poruszy� z tob� t� spraw�, ale by�e� ostatnio bardzo zaj�ty...
      Przez d�ug� chwil� skupia�em uwag� na papierosie.
      - B�d� chyba musia� z nimi porozmawia� - stwierdzi�em w ko�cu. - Jutro nie b�d� mia� okazji, a s�dz�, �e trzeba podj�� jak�� decyzj�. Mo�e przenie�� ich do obozu w lesie Arden. Tak, najlepiej jutro. Jak tylko wr�cimy, poka�� ci na mapie odpowiednie miejsce. Powiesz im, �e to w celu lepszej kontroli nad czarn� drog�. �e kolejny atak mo�e nast�pi� w ka�dej chwili, co zreszt� jest prawd�. Musztruj ich, utrzymuj zdolno�� bojow�. Zjawi� si� tam, gdy tylko b�d� m�g�, i pogadam z nimi.
      - Zostaniesz wtedy w Amberze bez �adnej ochrony osobistej.
      - Zgadza si�. Ryzyko jednak mo�e si� op�aci�. B�dzie to demonstracja zaufania, a jednocze�nie dow�d rozwagi. Tak, s�dz�, �e oka�e si� to rozs�dnym posuni�ciem. Je�li nie... - wzruszy�em ramionami.
      Nala�em nam obu i cisn��em pust� butelk� do grobowca.
      - Przy okazji - doda�em. - Przepraszam.
      - Za co?
      - Za to, �e jestem ponury, pijany i zgorzknia�y. Nie s�u�y mi to.
      Zachichota� i stukn�� si� ze mn� kielichem.
      - Wiem - o�wiadczy�. - Wiem.
      I tak siedzieli�my pod zachodz�cym ksi�ycem, p�ki ostatnia butelka nie zosta�a pogrzebana w�r�d swych towarzyszek. Rozmawiali�my o dawnych dniach. Potem milczeli�my, a ja wpatrywa�em si� w gwiazdy nad Amberem. Dobrze, �e przyszli�my w to miejsce, lecz teraz wzywa�o mnie miasto. Ganelon wyczu�, o czym my�l�, wsta�, przeci�gn�� si� i ruszy� do koni. Ul�y�em sobie przy �cianie mojego grobowca i poszed�em za nim.



Strona g��wna     Indeks